Sztuka panowania nad tłumem – skracamy kolejki do AOS!

Gdy jako młody adept po studiach zaczynałem swoją lekarską przygodę w NPLu i później w specjalistycznej poradni przyszpitalnej bardzo zdziwiło mnie to jak bardzo pacjenci próbują na mnie wymusić pewne rzeczy: prośbą, szantażem emocjonalnym, groźbą, a nawet rękoczynem. Studia, co by tu dużo nie mówić, w ogóle nie przygotowały mnie np. do tego jak zapanować nad rozemocjonowanym tłumem. Wiem, wiem – przyczyną stałego kryzysu w służbie zdrowia są te pazerne konowały koszące setki tysięcy na kontrakcie i leniwe pielęgniarki. To sprawa oczywista. Im jestem starszy tym bardziej uważam jednak, że sam konstrukt polskiego systemu opieki zdrowotnej wymusza permanentny konflikt na linii lekarz – pacjent. Przy braku jasno ustalonego koszyka świadczeń ( co jest zasługą populistycznych polityków) i braku prawnie usankcjonowanych wytycznych postępowania ( zasługa konsultantów krajowych wszelkiej maści) pacjentowi od ochrony zdrowia należy się za darmo teoretycznie wszystko, a praktycznie to co mu się uda wyszarpać. W takim systemie cisi i potulni pacjenci umierają po kątach, a dynamiczne i wygadane jednostki pielgrzymują po poradniach, pracowniach badań diagnostycznych, rehabilitacjach i sanatoriach. Co więc należy zrobić, aby uzdrowić funkcje lekarza rodzinnego, skrócić kolejki do AOS i poskromić marnowanie publicznych pieniędzy?

Głównym powodem dla którego kolejki do poradni specjalistycznych są tak absurdalnie nieraz długie, a do lekarza rodzinnego tak trudno nieraz się dostać jest brak regulacji popytu. Tak jak pisałem we wstępie brak koszyka świadczeń powoduje, że przy tak wielu „chętnych” na darmową usługę w ramach ubezpieczenia, jedynym regulatorem pozostaje kolejka. By ominąć kolejkę trzeba się bić i szarpać, a to nie wszyscy potrafią. W mojej opinii prostego lekarskiego wyrobnika przy prowadzeniu odpowiednich regulatorów kolejkę można by znacznie skrócić co spowodowałoby to, iż naprawdę chorzy szybciej trafialiby pod odpowiednią opiekę.

Niezbędnym elementem do poprawnego funkcjonowania systemu jest sprawnie działający lekarz rodzinny, który de facto powinien być głównym koordynatorem i nadzorcą leczenia pacjenta. Tak jednak nie jest! Dlaczego? Bo lekarze rodzinni są tak zawaleni rolą urzędnika, że nie zostaje im czasu na wiele więcej. Jak może być inaczej skoro systemowo każdy dorosły pracujący pacjent w sezonie infekcyjnym, z banalnym przeziębieniem i gorączką, musi zgłosić się do lekarza rodzinnego po ZUS ZLA by nie iść do pracy. Wprowadzenie 7 dni BEZPŁATNEGO urlopu chorobowego rocznie, na wybranie do decyzji pacjenta, znacznie odblokowałoby system. Robienie z polskich lekarzy rodzinnych przeziębieniologów i zus-zlasologów to patologia polskiego systemu opieki zdrowotnej. Ukrócić należałoby również ukrócić przemysł podkładkowo-zaświadczeniologiczny dla którego lekarz rodzinny jest idealnym kandydatem do wydawania przeróżnych zaświadczeń zaczynając od zaświadczenia o braku przeciwskazań do gry w szachy po opinię na temat wskazań do refundacji roweru trójkołowego z przekładnią. Nie od czapy pomysłem byłoby również wprowadzenie odpłatności za każdorazową wizytę u lekarza rodzinnego w wysokości np. 10zł. Dla korzystających sporadycznie w razie potrzeby pacjentów nie byłoby to żadnym obciążeniem, a uderzałoby to bezpośrednio w nagminnych pielgrzymkowiczów zaglądajacych do POZtu raz na dwa tygodnie lub częściej. W dobrze działającym systemie lekarz rodzinny ma mocną pozycje, ma czas dla pacjenta, on decyduje jakie leki zażywa pacjent, a specjaliści innych działek pełnią co najwyżej funkcje doradczo-diagnostyczną.

Dlaczego do poradni specjalistycznych są tak duże kolejki? Ponieważ wobec braku czasu i braku ograniczeń lekarz rodzinny nie ma bodźców powstrzymujących przed kierowaniem pacjentów do AOS, a w AOS nie ma ( a w zasadzie nie było do tej pory) żadnych bodźców by tego pacjenta szybko zdiagnozować i zdiagnozowanego oddać pod opiekę lekarza rodzinnego. Co więcej doszliśmy już do takiego absurdu, że niektóre kierownictwa poradni wprost odradzają zakańczanie skierowań zdiagnozowanym pacjentom ze względu na wady oprogramowania które takich „zakończeń” nie odnotowuje. Rezultatem powyższych uwarunkowań są sytuacje kiedy terminy w poradniach zapchane są na dwa lata do przodu stałymi klientami np. z niepowikłaną niedoczynnością tarczycy gdzie lekarz na każdej wizycie kontrolnej co pół roku podwyższa lub obniża minimalnie dawkę Euthyroxu, a świeżo rozpoznany pacjent w POZ z nadczynnością tarczycy z pilnym skierowaniem odbija się od ścian i drzwi AOSu ze względu na brak terminów. Podobnie rzecz się ma np. ze skierowaniami na badania diagnostyczne typu MRI – skoro lekarz nie ma żadnych bodźców by nie kierować pacjenta na badania kontrolne, a ma świadomość tego, że ze względu na brak jasnych wytycznych w razie przeoczenia czegoś będzie ciągany po sądach, nic nie stoi na przeszkodzie by raz w roku kontrolnie wykonywać MRI kręgosłupa u pacjenta z przewlekłym bólem pleców. Wprowadzona ostatnio reforma obcinająca fundusze tym poradniom specjalistycznym, które nie przyjmą odpowiednio dużej ilości pacjentów pierwszorazowych to krok w dobrą stronę, ale obawiam się, że jest to działanie dalece niewystarczające. W dobrze zorganizowanym systemie lekarz rodzinny przesyłałby skierowanie do lekarza AOS, który na podstawie skierowania decydowałby o trybie przyjęcia ( planowy, pilny), miałby 3 wizyty na zdiagnozowanie problemu i wdrożenie leczenia, a następnie większość pacjentów odsyłały z powrotem do lekarza rodzinnego sobie zostawiając tylko wybrane ustawowo ICD10 przynależne stricte danej specjalizacji. Nie stać nas jako państwo, powtarzam nie stać nas, by jeden pacjent z bólem kręgosłupa chodził kilka razy do roku równolegle do neurologa, ortopedy, lekarza rehabilitacji i reumatologa równocześnie. Jeśli chcemy mieć szybkie terminy w AOS dla nowych pacjentów z ostrymi dolegliwościami musimy wymusić i usprawnić dwustronny przepływ chorych od lekarza rodzinnego do AOS i z powrotem.

Jak to się skończy i czy będzie lepiej w polskiej ochronie zdrowia? Nie nie będzie. Populizm polityczno-wyborczy nakazuje nic nie zmieniać w konstrukcji systemu państwowej opieki zdrowotnej, a więc zgadzać się na jego stopniowy uwiąd. Zwiększenie liczby lekarzy spowoduje co prawda spadek ich stawek, ale zwiększona liczba medyków zlecać będzie więcej badań diagnostycznych za które państwo i tak będzie musiało zapłacić na co nie ma pieniędzy. Ze względu na fatalną demografie ludzi pracujących będzie coraz mniej, chorujących emerytów coraz więcej, a coraz to nowsze i lepsze terapie będą coraz droższe – wszystkie te pociągi jadą w przeciwnych kierunkach. Mit darmowej ochrony zdrowia gdzie wszystko teoretycznie jest za darmo stanie się jeszcze większą wydmuszką niż jest teraz. Publiczne, państwowe usługi zdrowotne zostaną ograniczone do świadczeń ratujących życie, a wszystko inne będzie ostatecznie dodatkowo płatne. Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola oznaczone są *